Profesor Bronisław Rocławski
PROFESOR
BRONISŁAW ROCŁAWSKI

Urodziłem się zapewne 25 sierpnia 1942 r. we Wdzie. Jestem dzieckiem wojny. Niewiele z niej pamiętam. Gdzieś jakaś ziemianka z małym okienkiem, gdy uciekaliśmy z linii frontu, a potem zgliszcza spalonego domu i płacz. Po wojnie zamieszkaliśmy w pomieszczeniach gospodarczych spalonej leśniczówki w Bojanowie pod Wdą. Moją najmilszą zabawą były fajerwerki z prochu strzelniczego wysypywanego z nabojów karabinowych znajdowanych licznie w okopach i schronach. cd w artykule: Jak Bronek stawał się Bronisławem

Powrót
do strony
głównej
Jak Bronek stawał się Bronisławem
16.10.2012

 

Urodziłem się zapewne 25 sierpnia 1942 r. we Wdzie. Jestem dzieckiem wojny. Niewiele z niej pamiętam. Gdzieś jakaś ziemianka z małym okienkiem, gdy uciekaliśmy z linii frontu, a potem zgliszcza spalonego domu i płacz. Po wojnie zamieszkaliśmy w pomieszczeniach gospodarczych spalonej leśniczówki w Bojanowie pod Wdą. Moją najmilszą zabawą były fajerwerki z prochu strzelniczego wysypywanego z nabojów karabinowych znajdowanych licznie w okopach i schronach. Nie robiłem tego sam, bo byłem na to za mały. Wszystkiego nauczyli mnie starsi „koledzy”, z którymi spędzałem czas wolny. W Bojanowie spędzałem czas z Erwinem, który był u nas parobkiem (służącym). On wiedział, jak można sobie czas umilać rozrywką. Zaprowadził mnie do zupełnie jeszcze świeżych okopów, gdzie czuć było proch strzelniczy. Widać było, że żołnierze niezbyt solidnie uprawiali swój fach. W okopach było pełno amunicji gotowej do strzelania. Mój fartuszek szybko wypełniał się pociskami, z których Erwin wysypywał na kupkę proch. Gdy była już tego mała kupeczka, podpalał proch, który wybuchał słupem ognia. Nie przypominam sobie, aby ktoś nam zabraniał tych fajerwerków. W Bojanowie gościliśmy tylko jeden rok. Od 22 III 1945 r. ojciec był tu gajowym Nadleśnictwa Drewniaczki. Chyba późną jesienią 1946 roku przeprowadziliśmy się do Suchobrzeźnicy, gdzie tata od 10 XII 1946 r. objął stanowisko podleśniczego p.o. leśniczego, a następnie leśniczego. Tu zapewne ukształtowała się moja młodzieńcza osobowość. Tu chłonąłem wiedzę z różnych dziedzin życia. Często była to wiedza spoza mego wieku rozwoju. Przebywałem w otoczeniu „kolegów” o wiele lat ode mnie starszych, którym wojna przerwała normalny tok rozwoju. Wielcy, wyrośnięci znaleźli się w szkole razem z pierwszakami. To oni kazali mi palić papierosy i mieli przyjemność, patrząc, jak się dusiłem, po wciągnięciu dymu do płuc. Zabawy ze starszymi „kolegami” przenosiłem do zabaw z rówieśnikami, których było tam niewielu. Był bardzo dobrze wychowany Rysiek, ale uprawiał seks zmuszany  przez dojrzałą już do tego „koleżankę” z sąsiedniego domu. Lekcje seksu pobierał u „koleżanki” na sianie w stodole. Rodzicom bardzo zapracowanym było trudno kontrolować nasze zachowania. Gdy kończyłem trzecią klasę szkoły podstawowej, to byłem już bardzo uświadomionym w wielu sprawach chłopcem. Wychowanie na łonie natury i w towarzystwie dorosłych „kolegów” zakończyło się z prostego powodu – zmieniliśmy miejsce zamieszkania. Starsza siostra Irena skończyła piątą klasę. To była ostatnia klasa w tej szkole. Szkoła z klasą szóstą i siódmą w Kasparusie była oddalona o prawie pięć kilometrów. Tę trasę przemierzały dzieci pieszo! Do dzisiaj nie ma tu bitej drogi. Dla turysty to ładny odcinek leśnej drogi, ale dla 12-letniej dziewczyny to droga pełna niespodzianek, lęku, stresu.
Przeprowadziliśmy się do Młynek. Młynki to mała osada z trzema domami mieszkalnymi. W czasie naszego pobytu zbudowano tam wylęgarnię ryb. Osada pięknie położona nad rzeczką w krainie 20 stawów. Do szkoły w Swarożynie mieliśmy tylko dwa kilometry. Ze Swarożyna można było pociągiem pojechać do Tczewa lub Starogardu, gdzie były szkoły średnie. Niedługo po naszym przyjeździe do Młynek (to był chyba lipiec 1952 roku) sprowadziła się tam wdowa z trojgiem dzieci. Szybko zaprzyjaźniłem się z dwoma synami, którzy byli tylko nieco ode mnie starsi. Ich siostra miała zapewne 16 lat i nas traktowała jak smarkaczy; często odtrącała mnie, gdy próbowałem jakichś kogucich zalotów. Nie pamiętam jakichś dłużej trwających kłótni z kolegami. W pobliżu były osady, gdzie spotkałem innych kolegów. W nowej szkole nie miałem trudności z adaptacją. Ponieważ miałem zadatki na lidera, musiałem stoczyć ileś walk, aż natrafiłem na imiennika, który był liderem. To było chyba w szóstej klasie, gdy jak młode byczki naskoczyliśmy na siebie. Kibicowała cała klasa, która chciała poznać wynik tego pojedynku. Zwyciężyłem! Zostałem liderem, ale niedługo mogłem liderować w tej klasie, gdyż do klasy siódmej tylko ja jeden z chłopców przeszedłem. Mój kolega w siódmej klasie klasę siódmą powtarzał. Pomagałem Rodzicom w różnych zajęciach gospodarskich: siałem, orałem, kosiłem, suszyłem siano i zwoziłem drwa, siano, zboże. Poznałem dość dobrze wiele zajęć gospodarskich. W Młynkach nasza rodzina przeżyła tragedię. Wszyscy chorowaliśmy na szkarlatynę. Jako ostatnia zachorowała najmłodsza siostra Basia. Choroba przechodziła w ciężki stan z godziny na godzinę, a pogotowie nie przyjeżdżało. Mijały godziny, a kiedy przyjechali, to było za późno. Zmarła w łóżeczku w moim pokoju w Szpitalu Zakaźnym w Tczewie. Jeszcze słyszę ten ostatni oddech. Była taka piękna i taka miła, i taka kochana, a musiała odejść. Ojciec był, a tacy są Rocławscy, człowiekiem, który nie lubił podporządkowywać się głupim poleceniom. Nadleśniczemu (i zapewne sekretarzowi grupy partyjnej, który był robotnikiem w leśnictwie ojca) nie podobało się to, że Ojciec śpiewa w chórze kościelnym. Był solistą, często śpiewał w duecie z organistą. Miłość do śpiewania i grania na skrzypcach była wielka. Przed wojną śpiewał w chórze kościelnym we Wdzie, gdzie poznał moją Mamę Agnieszkę. Wolał zostawić leśniczówkę, a nie śpiewanie. Od 1. czerwca 1956 roku nie był już leśniczym. Wszystkie rodzinne oszczędności przeznaczył na kupno 20-hektarowego gospodarstwa. Ta decyzja kosztowała nas wiele. Najpierw wszystko sprzedaliśmy, aby mieć pieniądze na kupno zaniedbanego gospodarstwa. Zaczął się czas budowania, siania i zbierania. Z okolicy, z upadających spółdzielni produkcyjnych braliśmy wszystko, co mogłoby się przydać. Pojawił się chudy koń pociągowy. Nie pamiętam, jak się wabił. W mojej pamięci jest Greta, nasz umiłowany koń, z którym musieliśmy się rozstać. Całe stado cieląt chudych i brzydkich trafiło do naszego gospodarstwa. Moje wakacje po szkole podstawowej, a przed rozpoczęciem szkoły średniej, spędziłem w domu, który wymagał kapitalnego remontu. Przebudowaliśmy komin, ścianki działowe, naprawiliśmy dach. Teraz mażna było się sprowadzić. Żal było opuszczać leśniczówkę. Ojciec wściekły na los, chciał jak najszybciej zerwać z tym środowiskiem. Trzeba było lepiej wsłuchiwać się w to, co się działo w kraju. Wydarzenia w Poznaniu w końcu czerwca 1956 r. (od 28 VI do 30 VI) dawały dużo do myślenia, ale my byliśmy zajęci porządkowaniem nowej siedziby. W październiku mieszkaliśmy już w Goszynie. W Goszynie przeżywaliśmy węgierski i polski październik. O węgierskich wydarzeniach wiedzieliśmy niewiele. Wiedzieliśmy tyle, ile udało się wysłuchać z radia Wolna Europa w naszym na baterie radioodbiorniku. W Goszynie też nie było prądu. O naszym październiku było coś w gazecie. Pamiętam taki dzień, kiedy ojciec poprosił mnie o przeczytanie głośno artykułu. Był u nas sąsiad. Ponieważ rzadko mnie proszono o głośne czytanie dla kogokolwiek, czułem się jakoś szczególnie w tym dniu wyróżniony. Niewiele pamiętam, co było tematem tego artykułu. Zapewne był to tekst słynnego wystąpienia tow. Władysława Gomułki w Warszawie w czasie wiecu, który zgromadził bardzo dużo ludzi. Ojciec przeżywał to wszystko szczególnie. Mnie wtedy polityka jeszcze nie pociągała. Wolałem spotykać się z kolegami i koleżankami. Byłem już licealistą. Dojeżdżałem codziennie do Liceum Pedagogicznego w Tczewie. Wstawałem wcześnie. Wiem, że około 7.00 miałem pociąg ze Swarożyna do Tczewa. Do Swarożyna miałem 2,5 km bitej drogi, a w Tczewie też tyle samo. To była dobra poranna zaprawa. Któregoś późnojesiennego dnia spadłem z drabiny, gdy montowałem gołębnik i odbiłem sobie pięty. Przejście tej trasy do szkoły było katorgą. Tak hartowała się moja dusza. Zaciskałem zęby, roniłem łzy i szedłem dalej po wiedzę przekazywaną przez niektórych nauczycieli w sposób wyjątkowo ciekawy. Bardzo lubiłem lekcje fizyki, przyrodę z naszym wychowawcą Panem Bielawskim.
Ojciec szybko zorientował się, że zachodzące zmiany w Polsce mogą sprzyjać jego postawie, jego ideowym przekonaniom. Tęskona za lasem, za wykonywanym zawodem była ogromna. Zapewne nie czuł się dobrze rolnikiem na 20-hektarowym gospodarstwie. Na stanowiska wracali jego starzy znajomi i przełożeni. Pojechał do Okręgu Lasów Państwowych w Gdańsku, gdzie przedstawił swoją sytuację i jednoczesnie prośbę o powrót do pracy na stanowisku leśniczego. Chciał zachować ciągłość pracy; musiał więc podjąć pracę najpóźniej 1 czerwca 1957 r.. Zaproponowano mu kilka leśniczówek do wyboru, wybrał tę w Grzybowskim Młynie na trasie z Kościerzyny do Wdzydz. Nie była wolna od 1 czerwca. Trzeba było na nią poczekać do jesieni. Od 1 czerwca zaczął pracę w leśnictwie Rów na zachodnim brzegu jeziora Wdzydzkiego. Do nas przyjeżdżał na niedzielę. Niekiedy przyjeżdżał już po południu w piątek. Sami zostaliśmy na gospodarstwie. Było ciężko, a nawet bardzo ciężko. W sierpniu skończyłem 15 lat, ale od pewnego czasu wykonywałem prace dorosłego mężczyzny - orałem, siałem i kosiłem. Najtrudniej było w czasie żniw, kiedy wpadal ojciec i razem braliśmy kosy. Dotrzymać kroku z kosą w ręku mężczyźnie w pełni sił nie było łatwo. Ambicja nie pozwalała mi zostawać w tyle i nie pozwalała na zwężanie pokosu. Seradelę kosiłem sam. Koszenie wymaga podwójnego wysiłku, gdyż roślina ta tworzy kłębowisko i po trzech podcięciach trzeba z tego kłębowiska wyrwać to, co zostało podcięte. Rosła na gliniastej i zeschniętej glebie. Przy ostrzeniu kosy trudno było wbić kosisko w ziemię. Nieraz kosisko ześlizgiwało się po gruncie, a klinga raniła rękę, która trzymała osełkę.Lała się krew. Oczy zalewały łzy. Tak hartował się mój charakter człowieka upartego, nie poddającego się losowi. Zebraliśmy plony z 20-hektarowego gospodarstwa. Udział mojej Mamy był w tym wszystkim szczególny. Nic się nie zmarnowało. Bydło wiosną chude nabrało mięsa i przybrało na wadze. W sadzie dojrzewały owoce. Ładnie wyrosła zakontraktowana szałwia.
Miałem okazję być w leśniczówce w Rowie. Zapamiętałem dwa zdarzenia i piękno jeziora Wdzydzkiego. W tej skromnej, małej i drewnianej leśniczówce było tyle pcheł, że były one wszędzie. W krystalicznie czystej wodzie jeziora łowiłem raki.
We wrześniu wraz z rozpoczęciem nowego roku szkolnego przeniosłem się do internatu, którym zarządzał nauczyciel od wychowania fizycznego, słynny Pan Linowski. Prawie codzienne apele dyscyplinujące, ciągłe podejrzenia o palenie papierosów, to wszystko mnie zniechęcało do szkoły i internatu. Po przeprowadzeniu się Rodziców do pięknie położonej leśniczówki w Grzybowskim Młynie moje chęci ucieczki z Liceum Pedagogicznego wTczewie do Liceum Pedagogicznego w Kościerzynie były coraz większe. Po feriach świątecznych zacząłem finalizować przeprowadzkę. Jakiś wpływ na tę decyzję miała zapewne dziewczyna, którą widziałem i podziwiałem w czasie mszy w kaplicy w Wąglikowicach. Była niewielka, a w takich dziewczynach gustowałem, miała śliczny, długi warkocz, a to był afrodyzjak zabijający wszelkie rozumowe kalkulacje. Zagrały namiętności, które trochę ćwiczyłem w czasie letnich wakacji. Zakochałem się w dziewczynie z sąsiedniego gospodarstwa. Była to miłość platoniczna. Ona była starsza ode mnie i odrzucała moje amory.
Dla nowej dziewczyny porzuciłem miłości klasowe. Od 1 lutego 1958 r. jestem już uczniem Liceum Pedagogicznego w Kościerzynie. Z Grzybowskiego Młyna do Kościerzyny jest tylko 6 km. Dojeżdżam autobusem, a potem także rowerem. W czasie wakacji za zarobione pieniądze kupiłem sobie mały silnik na przednie koło. Byłem więc rowerzystą zmotoryzowanym. Wychowawca namawia mnie, abym przeniósł sie do internatu. Od listopada 1958 r. jestem w internacie. Wchodzę w nowe środowisko. Zajmuję pozycję lidera, jestem najlepszym uczniem w klasie. Poznaję kolegów i koleżanki. Z poznaną w kaplicy dziewczyną spotykam sie rzadko, ale parę zdjęć na pamiątkę spotkań miałem. Szybko wypaliła się ta miłość. Sprawcą nowej, wielkiej i długo trwającej, a także jednostronnej i platonicznej miłości mojej była 13-letnia Misia T., która wraz z paroma koleżankami przybyła do Kościerzyny z Trójmiasta. Byłem już wtedy uczniem czwartej klasy. Ona o rok wcześniej zaczęła naukę w szkole, więc była uczennicą pierwszej klasy; miała zaledwie 
13 lat . Była piękną blondynką! To wielka młodzieńcza miłość sprawiła, że zacząłem spisywać swoje codzienne przeżycia. Była też druga silna inspiracja - Dzienniki Stefana Żeromskiego. Zobaczyłem wtedy, że wielcy ludzie, zanim staną się wielkimi, są tacy sami, jak wielu innych dookoła nich. Mam dużo szczęścia, że ten mój 2-tomowy dzienniczek nie zaginął wraz z innymi pamiątkami w gruzach naszego domu w 1995 roku. Mam go przy sobie. Czytam teksty zapisane ponad 50 lat temu. Pierwszy wpis pochodzi z 1 lutego 1960 roku. Byłem wtedy bardzo zakochany. Pisałem wiersze. Oto pierwszy zanotowany w dzienniczku:
Kocham Cię do szaleństwa
A Ty - wzgardzasz!
Słowami jako nektarem się upajam,
A Ty - drwisz!
Z boleści serce pęka,
A rana z dnia na dzień większa.

Wzrok Twój jako harpun,
Serce w strzępy rozrywa,
co miłość w wnętrzu ukrywa.
(...)
Wyrwać serce, co miłość kryje!
Bo po co człowiekowi serce,
Gdy samotne bywa.
 3 lutego hospitowaliśmy lekcję fizyki w Szkole Ćwiczeń. Zabierałem głos w dyskusji. Miałem słuszną uwagę, że przed użyciem do pomiaru trzeba było wytłumaczyć uczniom zasadę działania dylatometru. Jest też wpis o moich trudnościach z językiem polskim. Jak na 4 klasę szkoły średniej, to pisanie moje nie jest najlepsze. Są błędy ortograficzne, interpunkcyjne i dużo składniowych nieporadności. Widzę, że dzienniczek wpływa w jakimś stopniu na moją pisaną polszczyznę. Może to dzienniczek zaprowadził mnie na polonistykę i dał mi szansę rozwoju naukowego. Poznaję też swój charakter. W stosunkach z M. byłem potworem. Nie znosiłem zawodu, a to przecież w miłości się zdarza. Kochałem bardzo, ale udawałem, że mi na niej nie zależy. Nie umiałem kochać drugiego człowieka. Byłem egoistą. Jest też w dzienniku wiele o kształtowaniu się moich postaw społecznych. Bronię wsi i stosunku do niej. Bolą mnie odzywki koleżanek z Trójmiasta: "Odczep się chamie wiejski!"
Ta wielka pierwsza miłość sprawiła coś niesamowitego. W ciągu tych 50 lat życia, życia w szczęśliwym małżeństwie, z kochanymi dziećmi a potem wnuczętami, stosunkowo często miałem sny, gdzie główną postacią w nich była moja pierwsza miłość. Zaczynam to nazywać "syndromem pierwszej miłości". Takie sytuacje potwierdzają inni, którzy mieli pierwsze miłości nie zakończone ślubem.

Pod koniec IV klasy wydarzyło się coś niesamowitego w moich szkolnych przeżyciach. W końcu roku szkolnego 1959/1960 mieliśmy kilkudniową wycieczkę do Warszawy. Wycieczka była od 8 do 13 czerwca, kiedy już były wystawione oceny.

Przed maturą z kolegą Guciem Tecławem opuściłem internat, w którym klimat był coraz trudniejszy do zniesienia. Wybraliśmy stancję i większą swobodę poruszania się po mieście. Teraz magliśmy spotykać się z koleżankami, które były mieszkankami Kościerzyny lub były także na stancjach. U naszej Pani było nam dobrze, chociaż bywały dni, że odczuwaliśmy zimno. Nasza Pani była osobą bardzo oszczędną. Nasze zabawy z koleżankami były bardzo zabarwione erotyzmem. Jak ja mogłem tak się zachowywać? Przecież byłem po uszy zakochany w Misi, a tu takie "zabawy". Bodajże w końcu kwietnia skończyły się lekcje i mielismy czas na przygotowanie się do matury. Opuściliśmy stancję. Przeniosłem się do domu rodzinnego w Grzybowskim Młynie.
cdn
 
 

 

Szkoła Podstawowa w Suchobrzeźnicy w latach 70-tych
Część wsi Suchobrzeźnica (czerwona leśniczówka) zdj. T.Glaza